Spacer po mieście, w którym dzieje się moja najnowsza książka! Zapraszam do Wyszogrodu.
Bywam w tym miasteczku bardzo, bardzo często. Jeżdżę tam po chleb! Uwielbiam. I miasto, i pieczywo z najwspanialszej piekarni pod słońcem.
To tu dzieje się akcja powieści "Cisza między nami"!
Dużo mam też wspomnień z dzieciństwa zwiazanych z tym miastem. Pamiętam drewniany most na Wiśle i sklep meblowy, który sprawnie działał w latach 80.
Wyszogród jest niezwykle malowniczy i ma potencjał Kazimierza Dolnego. Serio. Godzinę od Warszawy jest to miasteczko i chyba dopiero teraz zaczyna być odkrywane. Z drugiej strony może to i lepiej, że jest takie nieco senne i nie ma hord turystów jak w Kazimierzu? Jeśli lubicie miejsca, w których czas zwalnia, to to jest miejsce dla Was.
No i jest tu piekarnia mojego życia. Pan Andrzej, który ją prowadzi, dostał już egzemplarz „Ciszy”, bo w książce wspominam jego wypieki. W następnej o piekarni będzie nieco więcej, a najwięcej w ostatniej powieści z serii.
Może się kiedyś w tej piekarni spotkamy? 😊
Tym bardziej mi przykro, że spotkanie w wyszogrodzkiej bibliotece nie z mojej winy nie wypaliło. Byłoby o czym gadać.
Żegnaj, Dawson!
Wiadomość o wczorajszym odejściu Jamesa Van Der Beeka uderzyła we mnie mocniej niż przypuszczałam. Po prostu kolejne światełko świecące od czasów mojej własnej młodości na moim filmowym i muzycznym firmamencie właśnie bezpowrotnie zgasło. Kiedy na tym niebie zrobi się całkiem czarno?
Kiedy myślę o „Jeziorze marzeń”, czuję dziwny ścisk w żołądku. Polsat, sobota, 17.30. Ja przykuta do telewizora. To nie był kolejny wysadzany cekinami serial o bogatych dzieciakach, to nie było „Beverly Hills, 90210”. Capeside, w którym działa się akcja, było inne. Małe i trochę senne jak mój Sochaczew (choć o wiele ładniejsze).
"Jezioro marzeń" opowiadało o tym specyficznym, nastoletnim zawieszeniu między dzieciństwem a dorosłością. Dawson, Joey, Pacey i Jen to byli bohaterowie mądrzy (no dobra - za mądrzy nawet jak na swój wiek), pełni przemyśleń, gotowi do rozkmin, mieli mnóstwo długich monologów o życiu, miłości i kinie. Ale w tej ich mądrości było tyle zagubienia, tyle prawdziwego bólu dorastania. Patrząc na Dawsona, patrzyłam na marzyciela, który próbował zrozumieć świat przez obiektyw kamery. Ja wtedy też marzyłam o tym, żeby być filmowcem (dlatego teraz piszę książki obrazami, to jest wzięte z kina!). Razem z bohaterami czekałam na ten moment, kiedy wreszcie „będzie dorosłość”. Teraz, z perspektywy czasu, rozumiem, że to właśnie to czekanie było najpiękniejsze.
James Van Der Beek nie zrobił największej kariery filmowej z całego zestawu młodych aktorów w serialu (nie miał szans jej zresztą zrobić, kiedy w owym zestawie była wspaniała Michelle Williams), ale dał Dawsonowi twarz i to była twarz... kumpla. Dziś, kiedy go nie ma, czuję, jak świat z Capeside staje się jeszcze bardziej odległy, jeszcze bardziej nostalgiczny.
Żegnaj, Dawsonie. Dziękuję za towarzyszenie mi w tej trudnej, wyboistej drodze do dorosłości.
Sceny filmowe z książkami
Miłośnicy książek raczej nie pozostają obojętni na filmy, których akcja rozgrywa się w księgarni, antykwariacie bądź bibliotece. Ja na przykład nałogowo wychwytuję książkowe sceny i zapamiętuję je. To coś jak nerwica natręctw. Czasem do nich wracam, bo taka scenografia potrafi jak żadna inna zbudować nastrój filmu i trwale zapisać się w pamięci. Na dyplomie mam “filmoznawstwo”. Zatem oto moja całkowicie subiektywnie wyselekcjonowana lista filmów, w których pojawiają się ładne/ciekawe/zapadające w pamięc sceny książkowe.
1. You’ve got mail (Masz wiadomość)
Zabawne i lekkie nowojorskie kino o bezlitosnej konkurencji w przemyśle księgarskim. Kathleen prowadzi niewielką księgarnię dla dzieci, którą odwiedza Joe, właściciel nowo otwartej wielkiej sieciowej księgarni po drugiej stronie ulicy. Komedia romantyczna opowiadająca o sensie pracy oraz miłości do książek i Nowego Jorku. W rolach głownych Tom Hanks i Meg Ryan, a reżyserowałą nieodżałowana Nora Ephron.
Irańskie protesty a "Persepolis"
Myślę o irańskich kobietach ostatnio nieustannie. I mam dla Państwa NIEZWYKŁĄ, choć niezupełnie nową, książkę. "Persepolis". Znacie? To autobiograficzna powieść graficzna francusko-irańskiej autorki Marjane Satrapi, opowiadająca o jej dorastaniu w Iranie na przełomie lat 70. i 80. XX wieku. Dzieło składa się z serii czarno-białych rysynków, które łączą prostotę formy z ogromną siłą przekazu.
Fabuła zaczyna się, gdy Marjane jest jeszcze małą dziewczynką i obejmuje momenty kluczowe dla współczesnej historii Iranu: rewolucję islamską, obalenie szacha, przejęcie władzy przez duchownych. Autorka pokazuje jak te ogromne zmiany wpływają na codzienne życie - od nakazu noszenia hidżabu po gwałtowne represje wobec opozycji.
Narracja prowadzona jest z perspektywy dziecka, co daje szczególny efekt, bo świat polityki i przemocy widzimy oczami kogoś, kto nie zawsze rozumie wszystkie zawiłości, ale odczuwa ich skutki na własnej skórze. To sprawia, że "Persepolis" nie jest suchą lekcją historii, ale żywą, osobistą opowieścią o wolności, stracie, nadziei i odporności człowieka wobec opresji.
Akcja książki toczy się dekady temu, ale jej tematy są zaskakująco aktualne. Opisując życie pod autorytarnym reżimem religijnym, Satrapi dotyka kwestii, które nadal pojawiają się w obecnych wydarzeniach w Iranie - w szczególności w kontekście protestów, które rozpoczęły się po śmierci Mahsy Amini w 2022 roku i w kontekście protestów z ostatnich dni.
Historia opowiedziana w "Persepolis" nie jest zamkniętym rozdziałem. Jest częścią ciągłej narracji o społecznym oporze, roli kobiet i dążeniu do sprawiedliwości. Wydarzenia z lat 70. i 80. XX wieku, dalej rzucają (długi) cień na irańską rzeczywistość, a nowe pokolenie nadal próbuje przedefiniować granice wolności w swoim kraju. "Persepolis" to nie tylko znakomita książka graficzna, ale też niezwykle ważny głos w globalnej dyskusji o władzy, tożsamości i o szukajaniu wolności.
W kontekście najnowszych protestów w Iranie warto ją przeczytać nie tylko jako zapis dawnej rzeczywistości, ale także jako tło dla współczesnej tragedii i nadziei. Daje perspektywę historyczną i emocjonalną, której brak w typowych suchych analizach politycznych, i pomaga zrozumieć, dlaczego ludzie wciąż walczą o swoje prawa. Przede wszystkim prawa kobiet.
Bardzo, bardzo polecam, popytajcie o ten komiks w bilbliotekach!
P.S. Trend w sm, który polega na tym, że Iranki na calym świecie odpalają papierosa od płonącego zdjęcia ajatollaha Chameneiego, jest piękny, odważny, przejdzie do historii.
WEHIKUŁ CZASU ISTNIEJE I NAZYWA SIĘ „STRANGER THINGS”. DLACZEGO TO COŚ WIĘCEJ NIŻ SERIAL?
Miałam ten wpis w zanadrzu od dawna i czekałam na dzisiejszy finał piątego sezonu "Stranger Things", by go dokończyć i opublikować. Mam nawet dla niego tytuł:
WEHIKUŁ CZASU ISTNIEJE I NAZYWA SIĘ „STRANGER THINGS”. DLACZEGO TO COŚ WIĘCEJ NIŻ SERIAL? 🚲📼📟
[Uwaga, to jest długi post]
Jestem dzieckiem VHS-ów, wypożyczalni kaset wideo i Kina Nowej Przygody. Wychowałam się na "Goonies", "Poltergeiście", "Indianie Jonesie" ,"Koszmarze z ulicy Wiązów" i "Miasteczku Twin Peaks". Moją ulubioną aktorką od zawsze była Winona Ryder, odkąd zobaczyłam ją w filmie "Lucas", a moją ulubioną sceną filmową jest lot rowerem z "E.T" Spielberga, który w ogóle jest jednym z najwspanialszych obrazów w historii kina.
Te filmy to jeden z czynników, które sprawiły, że w 2016 roku na wakacjach na Zamojszczyźnie wpadłam w serial "Stranger things" jak śliwka w kompot. Czy i Państwo, kiedy oglądacie przygody dzieciaków z Hawkins, też macie to dziwne kłucie w dołku? To z całą pewnością nie jest "tylko" zasługa świetnego scenariusza. To nostalgia, którą bracia Duffer dawkują nam z precyzją chirurga. Jeśli macie dziś 40-tkę na liczniku, to ten serial jest, powinien być, również Waszym zapisem pamięci.
Pamiętacie ten moment, kiedy jedynym GPS-em był instynkt, a „wolność” oznaczała rower i obietnicę, że wróci się do domu, jak tylko zapalą się latarnie? Jeśli nie było Cię w domu przed zmrokiem, znaczyło to, że przeżywasz przygodę życia. Tak było, nie kłamię. Bracia Duffer zrobili coś niesamowitego – wzięli te wspomnienia i ulepili z nich historię. Dlaczego to tak bardzo „żre”? No właśnie dlatego, że "Stranger Things" to gigantyczny rebus złożony z fragmentów dzieciństwa i dorastania ludzi urodzonych pod koniec lat siedemdziesiątych. Kochamy takie rebusy!
Zacznę od rebusa o nazwie Winona Ryder, bo obsadzenie jej w jednej z głównych ról to majstersztyk. Dla mnie, jak wspomniałam, Winona to nie „jakaś aktorka”, ale nie dlatego, że to jedyne bardzo znane nazwisko w tym serialu. To twarz kina lat 80. Twarz "Soku z żuka" i "Edwarda Nożycorękiego". Widzieć ją teraz jako matkę Joyce Byers, to jak patrzeć na samą siebie: już dawno nie jestem nastoletnią rebeliantką, teraz to ja jestem rodzicem, którzy skoczyłby w ogień (i do innego wymiaru) za swoimi dziećmi. Winona jest dla mnie strażniczką filmowego świata sprzed trzech dekad. I zawsze już tak chyba będzie. (Ciekawostka - ponieważ mało kto zna się na muzyce rockowej jak ona, to podobno na planie poprawiała twórców, gdy piosenka w radiu nie zgadzała się z rocznikiem fabuły.)
Jej filmowy syn Jonathan już w pierwszym sezonie kogoś mi przypomniał. Aktor go grający to żywa kopia Rivera Phoenixa. Ta sama melancholia w spojrzeniu, te same potargane włosy, ten sam klimat outsidera z kultowego "Stań przy mnie" czy "Mojego własnego Idaho". Dufferowie grają na emocjach, przywołując archetyp wrażliwego buntownika, w którym kochały się wszystkie dziewczyny w latach 90. Tak, ja też. (Najpierw w Riverze, potem w Ethanie Hawke'u, który z kolei grał z Winoną w "Orbitowaniu bez cukru").
Cały ten serial jest w ogóle zapisany w kodzie kulturowym, którego mojemu pokoleniu, pokoleniu X, nie trzeba tłumaczyć. A Amerykanie to jedyny naród, który potrafi zamienić „śmieciową” popkulturę w mitologię i tylko oni mogli zrobić ten serial. Amerykanie to pod tym względem mistrzowie. Potrafią wziąć puszkę Coli, figurkę z D&D i sprawić, że nagle każdy widz ma znowu 12 lat i wierzy, że za rogiem bloku czai się przygoda. W przeciwieństwie do Europy, która ma tysiące lat historii, zamki i legendy arturiańskie, Ameryka jest krajem młodym. Jej mitami nie są smoki i rycerze, lecz postacie z komiksów, filmy Disneya i marki produktów. Amerykanie opanowali do perfekcji strukturę scenariuszową, w której potwór (np.właśnie serialowy Demogorgon) jest tylko metaforą trudów dorastania. W "Stranger Things" walka ze złem to tak naprawdę walka ze stratą dziecięcej niewinności, pierwszymi miłościami i rozpadem grupy przyjaciół. Tamtejsi filmowcy potrafią połączyć wielkie kino akcji z intymnym dramatem psychologicznym w sposób, który jest zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną. Mam też świadomość, że "Stranger Things" wygrywa u nas także dlatego, że daje nam pamiętającym PRL i trudne lata przełomu, protezę „amerykańskiej przygody”, której my jako dzieciaki wychowane na polskich podwórkach bardzo zazdrościliśmy bohaterom z kaset VHS.
Co do nawiązań do elementów popkultury to jest to temat na co najmniej doktorat! Przecież taki Spielberg to się tu niemal wylewa z ekranu. Są i rowery, i ukrywanie Jedenastki w pokoju Mike’a - kadr po kadrze hołd dla "E.T"!. A ta genialna czołówka, jedyna, której nigdy nie przewijałam? (Nawet raz!) Toż to Stephen King w czcionce i klimacie. Sam tytuł serialu to ukłon w stronę okładek jego książek, które czytałam pod kołdrą z latarką. I bałam się, i czytałam, i rzadko która powieść wciąga mnie dziś tak jak ten King dawno temu. Tak, że się wpadała w czarną studnię i inny wymiar. Znikał własny pokój, łóżko, czas. Liczyła się tylko fabuła, opowiadająca często gęsto o przygodach dzieciaków... w małym miasteczku. Zresztą w serialu wyraźnie pobrzmiewa echo powieści "To" i opowiadania "Ciało".
Tak jak powieści mistrza grozy, tak i "Stranger Things" to kino z kategorii "Safe Horror". Mimo że serial bywa mroczny, jest podany w estetyce kina nowej przygody. To bezpieczny powrót do dreszczyku emocji, który czuliśmy wszyscy jako dzieci oglądając "Szczęki" czy "Ducha".
Tych smaczków do odkrywania jest tu milion. Bo możemy tu znaleźć jeszcze i elementy "Gwiezdnych wojen", horrorów z lat 80 (Freddy Krueger się kłania! Aktor go grający - Robert Englund - pojawił się na moment w 4 sezonie!), przygodówek takich jak "Goonies" (Sean Astin pojawił się w drugim sezonie!). Do tego jest muzyka, walkmany, gadżety takie jak walkie-talkie, które w moim dzieciństwie było w tej samej sferze marzeń co czarodziejskie różdżki. Jedyna rzecz, która nie jest m o j a w tym serialu, to planszówka, od której wszystko się zaczyna, czyli Dunegons&Dragons.
Dlaczego to my, 40-latkowie, kochamy paczkę dzieciaków z Hawkins najbardziej? Bo "Stranger Things" celebruje dziecięcą przyjaźń jako najwyższą wartość. W świecie bez Instagrama i TikToka, ta „paczka” była wszystkim. To był sojusz na śmierć i życie. Bracia Duffer wiedzą, och, jak dobrze wiedzą, że wszyscy tęsknimy za tą bezinteresownością, za światem analogowym, bo ten cyfrowy jest tylko namiastką prawdziwej komunikacji. To, co mnie wzrusza w tym serialu do łez (płakałam wiele, wiele razy, dziś także) to że straszny Demogorgon, ów potwór z Drugiej Strony to nic, to pestka w porównaniu z lękiem przed tym, że nasza grupa przyjaciół kiedyś się rozpadnie. I świadomość, że takich przyjaciół, jakich się ma, gdy ma się dwanaście lat, nie ma już w dorosłości (to napisał kiedyś Stephen King i bardzo mi zapadło w pamięć). To ból, który każdy 40-latek już przerobił. I może przede wszystkim dlatego tak bardzo chce się wrócić do dzieciństwa, choćby na te 50 minut odcinka. Dziś jesteśmy już boleśnie świadomi, że przyjaźń to nie „lajki” pod postem, ale wspólne wyprawy do lasu. Moje pokolenie to ostatnie pokolenie, które wychowało się bez internetu i smartfonów. Serial celebruje wolność tamtych lat - bieganie po podwórku, brak kontroli rodzicielskiej, bo przecież nikt nie miał przy sobie smyczy, czyli telefonu komórkowego i budowanie więzi twarzą w twarz. Dla mnie ten serial to emocjonalny powrót do momentu ZANIM świat stał się skomplikowany. I dlatego tak na nim szlocham.
Dzisiejszy finał serialu bardzo, bardzo mnie wzruszył. Siedzi mi w głowie od kilku godzin i nie do końca jeszcze mogę sobie z nim poradzić. Ostatni rozdział tej opowieści był znakomity, ale to, co podobało mi się najbardziej, to właśnie samo zakończenie. Ostatnia minuta ostatniego odcinka. Nie mogło być lepsze. Pozostaje mi teraz tylko zebrać pieniądze na grę Dungeons&Dragons i rozegrać swoją partię. Kto gra ze mną?
P.S. Serial już pobił rekordy oglądalności. To bardzo symptomatyczne, że oglądało go tyle ludzi, że zawiesił się Netflix.
P. P.S. Mam pomysł na książkę osadzoną w tamtym czasie i obiecuję, że kiedyś ją napiszę. I komedię romantyczną z akcją w latach dziewięćdziesiątych również.
#strangerthings #onelastadventure
Fiołek poleca: The Eras Tour final show.
Mam jeden (poza tym, że okładka to będzie sztosiwo) spoiler alert dotyczący następnej powieści. Otóż, jeśli lubią Państwo Taylor Swift (a wiem, że są wśród nad Swifties!), to mogę zdradzić, że miała ona ogromny wpływ na tę nową książkę i... będzie to widać. 🙃
Tymczasem na Disney+ jest już zapis ostatniego koncertu z jej trasy "The Eras Tour" i nie jest to kolejny zwykły koncert kolejnej gwiazdy pop. To trzyipółgodzinny [sic!] list miłosny do muzyki.
Każda „era” jest tu nie tylko estetyczną zmianą kostiumu czy scenografii, ale zamkniętym rozdziałem życia. Kamera z czułością śledzi detale: drżenie dłoni na mikrofonie, uśmiech pojawiający się dokładnie w tym momencie, w którym publiczność przejmuje refren. To film o czasie, o tym, jak piosenki potrafią przechowywać nasze dawne wersje, jak nuty stają się archiwum uczuć.
A w samym centrum tego wszystkiego jest Taylor Swift. Nie jako niedostępna ikona, lecz jako dziewczyna, która wciąż nosi w sobie coś z „dziewczyny z sąsiedztwa”. Ten koncert przypomina, że jej wielkość nie polega na dystansie, ale na bliskości. Na tym, że potrafi nazwać emocje, które inni czują, ale nie zawsze umieją wypowiedzieć.
Taylor robi na mnie od lat wrażenie tym, że reprezentuje tytaniczną pracę - lata pisania, poprawiania, zaczynania od nowa, podnoszenia się po krytyce, po zawodach, po publicznych upadkach. Widać w tym koncercie dyscyplinę niemal sportową, fizyczną wytrzymałość, precyzję. Ale jednocześnie jest w niej coś, czego nie da się wyćwiczyć. Coś, co mają tylko nieliczne gwiazdy: naturalną zdolność tworzenia więzi. To nie jest tylko charyzma. To uczciwość emocjonalna, która sprawia, że stadion z 65 000 ludzi zamienia się w intymną przestrzeń.
Bardzo mnie ten koncert poruszył, bo pokazuje nie tylko sukces, ale drogę. Pokazuje, że wielkość może iść w parze z wrażliwością, że ambicja nie musi wykluczać czułości. Taylor Swift jawi się tu jako artystka kompletna, ale też jako... człowiek po prostu, ktoś, kto wciąż się dziwi, wciąż dziękuje, wciąż wygląda tak, jakby nie do końca wierzył, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.
Ostatni koncert The Eras Tour jest świętem relacji. Między artystką a publicznością. Między przeszłością a teraźniejszością. Między tym, kim byliśmy, gdy słuchaliśmy pierwszych piosenek, a tym, kim jesteśmy teraz.
Zdjęcia z Pinterest.
Książki Agnieszki Maciąg
Książki Agnieszki Maciąg pojawiły się w bardzo specyficznym momencie mojego życia. Ale jak mówią, gdy uczeń jest gotowy, pojawia się mistrz. I ona była właśnie taką moją mistrzynią.
Mam w domu wszystko, co wyszło spod jej pióra. Przeczytane od deski do deski. Wiele razy różne akapity dawały mi kopa do działania. Słuchałam mantr Snatam Kaur z jej polecenia, gotowałam z jej przepisów, ćwiczyłam jogę kundalini z jej płytą, brałam udział w webinarach.
To był piekny człowiek, który przeszedł nieamowita drogę od zewnątrz do wewnątrz. Przyglądałam się temu z zachwytem. I czekałam na każda kolejną pozycję, która miała sie ukazać.
Będzie mi pani Agnieszki bardzo, bardzo brakowało.
LIVE z Mikołajem Marcelą o pisaniu i o jego najnowszej książce "Jak pisać, żeby napisać swoją książkę"
Serdecznie zapraszam do obejrzenia i wysłuchania tej bardzo ciekawej rozmowy. Będzie interesująca zwłaszcza dla tych, którzy piszą i marzą o wydaniu własnego tekstu.
Wydawnictwo Muza :-)Fiołek poleca: "The Doors". Żegnając Vala Kilmera.
Naturalnie więc wydawało się, że The Doors również okaże się kolejnym wielkim sukcesem, jednak rzeczywistość była zupełnie inna. Nie dość, że film ledwo się zwrócił, to nie nominowano go w żadnej kategorii do Oscara. Do dziś pozostaje to jedną z największych zagadek i pomyłek Akademii. Val Kilmer zasłużył ta rolę na wszystkie nagordy świata.
Nie ma wątpliwości, że Kilmer jest i sercem. i duszą The Doors, to on spina cały film. Perfekcyjnie oddał pogmatwaną, buntowniczą i beztroską osobowość Jima Morrisona. Co więcej, z wyglądu Kilmer był niemal sobowtórem Morrisona, więc trudno sobie wyobrazić, by ktokolwiek inny mógł go wtedy zagrać. Do tego nauczył się śpiewać jak leader zespołu i wykonał na żywo aż 15 utworów do filmu.
The Doors przedstawia wzlot i upadek legendy, która odeszła z powodu niewydolności serca w młodym wieku, dołączając tym samym do Klubu 27. Biografia, trwająca aż dwie i pół godziny, rozpoczyna się w 1949 roku, gdy młody Jim Morrison (Sean Stone) jest świadkiem wypadku samochodowego na autostradzie w Nowym Meksyku.
W 1965 roku dorosły Jim (grany już przez Vala Kilmera) studiuje na UCLA, gdzie tworzy awangardowy film studencki, spotyka swojego kolegę z klasy, Raya Manzarka (Kyle MacLachlan), zakochuje się w Pameli Courson (Meg Ryan) i zaczyna rozwijać swoją pasję do muzyki, pisząc pierwsze teksty piosenek. Wkrótce powstaje The Doors, a do Raya i Jima dołączają Robby Krieger (Frank Whaley) i John Densmore (Kevin Dillon).
Zespół szybko zdobywa popularność (dzięki przebojowi Light My Fire), ale to nie jest opowieść o zespole. The Doors to w zasadzie film jednego aktora – Vala Kilmera właśnie. Choć jego poświęcenie i fenomenalna kreacja zasługują na uznanie, decyzja Stone’a, by skupić się na narkotycznym szaleństwie Morrisona, sprawia, że film przypomina bardziej psychodeliczną podróż niż klasyczną biografię. Było to ryzykowne posunięcie i do dziś budzi mieszane uczucia.
Jednocześnie trudno zaprzeczyć, że Stone doskonale potrafi zanurkować w psychikę swojego bohatera, stosując eklektyczne podejście – od psychodelicznych wizualizacji po dezorientujące kąty kamery. Wszystko to ma na celu ukazanie świata oczami Morrisona – jego narkotycznych wizji oraz autodestrukcyjnego trybu życia. Ciągłe nadużywanie narkotyków, przypadkowe romanse i obsceniczne zachowania na scenie to tylko część jego szaleństwa.
W każdy razie Val Kilmer to był kawał porządnego aktora. Smuteczek.
Film do obejrzenia na Prime Video.
Fiołek poleca: "Czytając Lolitę w Teheranie"
"Czytając Lolitę w
Teherenie" była moją pierwsza książką z kręgu literatury irańskiej.
Przepadłam potem w piórze Azar Nafisi. Sama piszę powieści o kobietach dla
kobiet, a ta pozycja jest jedną z najbardziej "babskich", jakie
miałam w życiu w rękach. Z tym że ona jest na poważnie i bez słodkiej warstwy
cukru.
To autobiograficzna opowieść o uniwersyteckiej
wykładowczyni, literaturoznawczyni, która, gdy nastaje reżim Chomeiniego,
przenosi się ze swoimi seminariami dla studentek o książkach Jane Austen i
Vladimira Nabokova do siebie do domu. W kraju lista ksiąg zakazanych niemal z
dnia na dzień staje się coraz dłuższa, a rozmowy Nafisi ze studentkami stają
się próbą odpowiedzi na pytanie, dlaczego religijna policja tak strasznie, z
całego serca nienawidzi fikcji literackiej oraz idei edukacji kobiet. Jest to
też opowieść o tym, że w każdym reżimie jest miejsce na nieposłuszeństwo, na
małe akty wolności i niezależności - tu dają je książki.
Kiedy powieść Nafisi została
zekanizowna, wiedziałam, że to jest film, który po prostu MUSZĘ obejrzeć.
Jestem w ogóle wielką fanką kina irańskiego i filmy twórców takich jak Majid
Majidi, Asghar Farhadi, Bahman Ghobadi należą do moich ulubionych.
Serdecznie Państwu polecam tę
książkę, jeśli jeszcze jej nie znacie.
A oto trailer filmu:
.jpg)







.jpg)



.jpg)


.jpg)





.jpg)











.png)




