Fiołek poleca: The Eras Tour final show.
Mam jeden (poza tym, że okładka to będzie sztosiwo) spoiler alert dotyczący następnej powieści. Otóż, jeśli lubią Państwo Taylor Swift (a wiem, że są wśród nad Swifties!), to mogę zdradzić, że miała ona ogromny wpływ na tę nową książkę i... będzie to widać. 🙃
Tymczasem na Disney+ jest już zapis ostatniego koncertu z jej trasy "The Eras Tour" i nie jest to kolejny zwykły koncert kolejnej gwiazdy pop. To trzyipółgodzinny [sic!] list miłosny do muzyki.
Każda „era” jest tu nie tylko estetyczną zmianą kostiumu czy scenografii, ale zamkniętym rozdziałem życia. Kamera z czułością śledzi detale: drżenie dłoni na mikrofonie, uśmiech pojawiający się dokładnie w tym momencie, w którym publiczność przejmuje refren. To film o czasie, o tym, jak piosenki potrafią przechowywać nasze dawne wersje, jak nuty stają się archiwum uczuć.
A w samym centrum tego wszystkiego jest Taylor Swift. Nie jako niedostępna ikona, lecz jako dziewczyna, która wciąż nosi w sobie coś z „dziewczyny z sąsiedztwa”. Ten koncert przypomina, że jej wielkość nie polega na dystansie, ale na bliskości. Na tym, że potrafi nazwać emocje, które inni czują, ale nie zawsze umieją wypowiedzieć.
Taylor robi na mnie od lat wrażenie tym, że reprezentuje tytaniczną pracę - lata pisania, poprawiania, zaczynania od nowa, podnoszenia się po krytyce, po zawodach, po publicznych upadkach. Widać w tym koncercie dyscyplinę niemal sportową, fizyczną wytrzymałość, precyzję. Ale jednocześnie jest w niej coś, czego nie da się wyćwiczyć. Coś, co mają tylko nieliczne gwiazdy: naturalną zdolność tworzenia więzi. To nie jest tylko charyzma. To uczciwość emocjonalna, która sprawia, że stadion z 65 000 ludzi zamienia się w intymną przestrzeń.
Bardzo mnie ten koncert poruszył, bo pokazuje nie tylko sukces, ale drogę. Pokazuje, że wielkość może iść w parze z wrażliwością, że ambicja nie musi wykluczać czułości. Taylor Swift jawi się tu jako artystka kompletna, ale też jako... człowiek po prostu, ktoś, kto wciąż się dziwi, wciąż dziękuje, wciąż wygląda tak, jakby nie do końca wierzył, że to wszystko naprawdę się wydarzyło.
Ostatni koncert The Eras Tour jest świętem relacji. Między artystką a publicznością. Między przeszłością a teraźniejszością. Między tym, kim byliśmy, gdy słuchaliśmy pierwszych piosenek, a tym, kim jesteśmy teraz.
Zdjęcia z Pinterest.








Brak komentarzy:
Prześlij komentarz