Żegnaj, Dawson!

Wiadomość o wczorajszym odejściu Jamesa Van Der Beeka uderzyła we mnie mocniej niż przypuszczałam. Po prostu kolejne światełko świecące od czasów mojej własnej młodości na moim filmowym i muzycznym firmamencie właśnie bezpowrotnie zgasło. Kiedy na tym niebie zrobi się całkiem czarno?


Kiedy myślę o „Jeziorze marzeń”, czuję dziwny ścisk w żołądku. Polsat, sobota, 17.30. Ja przykuta do telewizora. To nie był kolejny wysadzany cekinami serial o bogatych dzieciakach, to nie było „Beverly Hills, 90210”. Capeside, w którym działa się akcja, było inne. Małe i trochę senne jak mój Sochaczew (choć o wiele ładniejsze). 

"Jezioro marzeń" opowiadało o tym specyficznym, nastoletnim zawieszeniu między dzieciństwem a dorosłością. Dawson, Joey, Pacey i Jen to byli bohaterowie mądrzy (no dobra - za mądrzy nawet jak na swój wiek), pełni przemyśleń, gotowi do rozkmin, mieli mnóstwo długich monologów o życiu, miłości i kinie. Ale w tej ich mądrości było tyle zagubienia, tyle prawdziwego bólu dorastania. Patrząc na Dawsona, patrzyłam na marzyciela, który próbował zrozumieć świat przez obiektyw kamery. Ja wtedy też marzyłam o tym, żeby być filmowcem (dlatego teraz piszę książki obrazami, to jest wzięte z kina!). Razem z bohaterami czekałam na ten moment, kiedy wreszcie „będzie dorosłość”. Teraz, z perspektywy czasu, rozumiem, że to właśnie to czekanie było najpiękniejsze.


James Van Der Beek nie zrobił największej kariery filmowej z całego zestawu młodych aktorów w serialu (nie miał szans jej zresztą zrobić, kiedy w owym zestawie była wspaniała Michelle Williams), ale dał Dawsonowi twarz i to była twarz... kumpla. Dziś, kiedy go nie ma, czuję, jak świat z Capeside staje się jeszcze bardziej odległy, jeszcze bardziej nostalgiczny. 

Żegnaj, Dawsonie. Dziękuję za towarzyszenie mi w tej trudnej, wyboistej drodze do dorosłości.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz