WEHIKUŁ CZASU ISTNIEJE I NAZYWA SIĘ „STRANGER THINGS”. DLACZEGO TO COŚ WIĘCEJ NIŻ SERIAL?

 Miałam ten wpis w zanadrzu od dawna i czekałam na dzisiejszy finał piątego sezonu "Stranger Things", by go dokończyć i opublikować. Mam nawet dla niego tytuł:



WEHIKUŁ CZASU ISTNIEJE I NAZYWA SIĘ „STRANGER THINGS”. DLACZEGO TO COŚ WIĘCEJ NIŻ SERIAL? 🚲📼📟

[Uwaga, to jest długi post]

Jestem dzieckiem VHS-ów, wypożyczalni kaset wideo i Kina Nowej Przygody. Wychowałam się na "Goonies", "Poltergeiście", "Indianie Jonesie" ,"Koszmarze z ulicy Wiązów" i "Miasteczku Twin Peaks". Moją ulubioną aktorką od zawsze była Winona Ryder, odkąd zobaczyłam ją w filmie "Lucas", a moją ulubioną sceną filmową jest lot rowerem z "E.T" Spielberga, który w ogóle jest jednym z najwspanialszych obrazów w historii kina. 

Te filmy to jeden z czynników, które sprawiły, że w 2016 roku na wakacjach na Zamojszczyźnie wpadłam w serial "Stranger things" jak  śliwka w kompot. Czy i Państwo, kiedy oglądacie przygody dzieciaków z Hawkins, też macie to dziwne kłucie w dołku? To z całą pewnością nie jest "tylko" zasługa świetnego scenariusza. To nostalgia, którą bracia Duffer dawkują nam z precyzją chirurga. Jeśli macie dziś 40-tkę na liczniku, to ten serial jest, powinien być, również Waszym zapisem pamięci.

Pamiętacie ten moment, kiedy jedynym GPS-em był instynkt, a „wolność” oznaczała rower i obietnicę, że wróci się do domu, jak tylko zapalą się latarnie? Jeśli nie było Cię w domu przed zmrokiem, znaczyło to, że przeżywasz przygodę życia. Tak było, nie kłamię. Bracia Duffer zrobili coś niesamowitego – wzięli te wspomnienia i ulepili z nich historię. Dlaczego to tak bardzo „żre”? No właśnie dlatego, że "Stranger Things" to gigantyczny rebus złożony z fragmentów dzieciństwa i dorastania ludzi urodzonych pod koniec lat siedemdziesiątych. Kochamy takie rebusy! 


Zacznę od rebusa o nazwie Winona Ryder, bo obsadzenie jej w jednej z głównych ról to majstersztyk. Dla mnie, jak wspomniałam, Winona to nie „jakaś aktorka”, ale nie dlatego, że to jedyne bardzo znane nazwisko w tym serialu. To twarz kina lat 80. Twarz "Soku z żuka" i "Edwarda Nożycorękiego". Widzieć ją teraz jako matkę Joyce Byers, to jak patrzeć na samą siebie: już dawno nie jestem nastoletnią rebeliantką, teraz to ja jestem rodzicem, którzy skoczyłby w ogień (i do innego wymiaru) za swoimi dziećmi. Winona jest dla mnie strażniczką filmowego świata sprzed trzech dekad. I zawsze już tak chyba będzie. (Ciekawostka - ponieważ mało kto zna się na muzyce rockowej jak ona, to podobno na planie poprawiała twórców, gdy piosenka w radiu nie zgadzała się z rocznikiem fabuły.) 

Jej filmowy syn Jonathan już w pierwszym sezonie kogoś mi przypomniał. Aktor go grający to żywa kopia Rivera Phoenixa.  Ta sama melancholia w spojrzeniu, te same potargane włosy, ten sam klimat outsidera z kultowego "Stań przy mnie" czy "Mojego własnego Idaho". Dufferowie grają na emocjach, przywołując archetyp wrażliwego buntownika, w którym kochały się wszystkie dziewczyny w latach 90. Tak, ja też. (Najpierw w Riverze, potem w Ethanie Hawke'u, który z kolei grał z Winoną w "Orbitowaniu bez cukru").  

Cały ten serial jest w ogóle zapisany w kodzie kulturowym, którego mojemu pokoleniu, pokoleniu X, nie trzeba tłumaczyć. A Amerykanie to jedyny naród, który potrafi zamienić „śmieciową” popkulturę w mitologię i tylko oni mogli zrobić ten serial. Amerykanie to pod tym względem mistrzowie. Potrafią wziąć puszkę Coli, figurkę z D&D i sprawić, że nagle każdy widz ma znowu 12 lat i wierzy, że za rogiem bloku czai się przygoda. W przeciwieństwie do Europy, która ma tysiące lat historii, zamki i legendy arturiańskie, Ameryka jest krajem młodym. Jej mitami nie są smoki i rycerze, lecz postacie z komiksów, filmy Disneya i marki produktów. Amerykanie opanowali do perfekcji strukturę scenariuszową, w której potwór (np.właśnie serialowy Demogorgon) jest tylko metaforą trudów dorastania. W "Stranger Things" walka ze złem to tak naprawdę walka ze stratą dziecięcej niewinności, pierwszymi miłościami i rozpadem grupy przyjaciół. Tamtejsi filmowcy potrafią połączyć wielkie kino akcji z intymnym dramatem psychologicznym w sposób, który jest zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną. Mam też świadomość, że "Stranger Things" wygrywa u nas także dlatego, że daje nam pamiętającym PRL i trudne lata przełomu, protezę „amerykańskiej przygody”, której my jako dzieciaki wychowane na polskich podwórkach bardzo zazdrościliśmy bohaterom z kaset VHS. 

Co do nawiązań do elementów popkultury to jest to temat na co najmniej doktorat! Przecież taki Spielberg to się tu niemal wylewa z ekranu. Są i rowery, i ukrywanie Jedenastki w pokoju Mike’a - kadr po kadrze hołd dla "E.T"!. A ta genialna czołówka, jedyna, której nigdy nie przewijałam? (Nawet raz!) Toż to Stephen King w czcionce i klimacie. Sam tytuł serialu to ukłon w stronę okładek jego książek, które czytałam pod kołdrą z latarką. I bałam się, i czytałam, i rzadko która powieść wciąga mnie dziś tak jak ten King dawno temu. Tak, że się wpadała w czarną studnię i inny wymiar. Znikał własny pokój, łóżko, czas. Liczyła się tylko fabuła, opowiadająca często gęsto o przygodach dzieciaków... w małym miasteczku. Zresztą w serialu wyraźnie pobrzmiewa echo powieści "To" i opowiadania "Ciało". 

Tak jak powieści mistrza grozy, tak i "Stranger Things" to kino z kategorii "Safe Horror". Mimo że serial bywa mroczny, jest podany w estetyce kina nowej przygody. To bezpieczny powrót do dreszczyku emocji, który czuliśmy wszyscy jako dzieci oglądając "Szczęki" czy "Ducha".



Tych smaczków do odkrywania jest tu milion. Bo możemy tu znaleźć jeszcze i elementy "Gwiezdnych wojen", horrorów z lat 80 (Freddy Krueger się kłania! Aktor go grający - Robert Englund - pojawił się na moment w 4 sezonie!), przygodówek takich jak "Goonies" (Sean Astin pojawił się w drugim sezonie!). Do tego jest muzyka, walkmany, gadżety takie jak walkie-talkie, które w moim dzieciństwie było w tej samej sferze marzeń co czarodziejskie różdżki. Jedyna rzecz, która nie jest m o j a w tym serialu, to planszówka, od której wszystko się zaczyna, czyli Dunegons&Dragons.

Dlaczego to my, 40-latkowie, kochamy paczkę dzieciaków z Hawkins najbardziej? Bo "Stranger Things" celebruje dziecięcą przyjaźń jako najwyższą wartość. W świecie bez Instagrama i TikToka, ta „paczka” była wszystkim. To był sojusz na śmierć i życie. Bracia Duffer wiedzą, och, jak dobrze wiedzą, że wszyscy tęsknimy za tą bezinteresownością, za światem analogowym, bo ten cyfrowy jest tylko namiastką prawdziwej komunikacji. To, co mnie wzrusza w tym serialu do łez (płakałam wiele, wiele razy, dziś także) to że straszny Demogorgon, ów potwór z Drugiej Strony to nic, to pestka w porównaniu z lękiem przed tym, że nasza grupa przyjaciół kiedyś się rozpadnie. I świadomość, że takich przyjaciół, jakich się ma, gdy ma się dwanaście lat, nie ma już w dorosłości (to napisał kiedyś Stephen King i bardzo mi zapadło w pamięć). To ból, który każdy 40-latek już przerobił. I może przede wszystkim dlatego tak bardzo chce się wrócić do dzieciństwa, choćby na te 50 minut odcinka. Dziś jesteśmy już boleśnie świadomi, że przyjaźń to nie „lajki” pod postem, ale wspólne wyprawy do lasu. Moje pokolenie to ostatnie pokolenie, które wychowało się bez internetu i smartfonów. Serial celebruje wolność tamtych lat - bieganie po podwórku, brak kontroli rodzicielskiej, bo przecież nikt nie miał przy sobie smyczy, czyli telefonu komórkowego i budowanie więzi twarzą w twarz. Dla mnie ten serial to emocjonalny powrót do momentu ZANIM świat stał się skomplikowany. I dlatego tak na nim szlocham. 




Dzisiejszy finał serialu bardzo, bardzo mnie wzruszył. Siedzi mi w głowie od kilku godzin i nie do końca jeszcze mogę sobie z nim poradzić. Ostatni rozdział tej opowieści był znakomity, ale to, co podobało mi się najbardziej, to właśnie samo zakończenie. Ostatnia minuta ostatniego odcinka. Nie mogło być lepsze. Pozostaje mi teraz tylko zebrać pieniądze na grę Dungeons&Dragons i rozegrać swoją partię. Kto gra ze mną? 

P.S. Serial już pobił rekordy oglądalności. To bardzo symptomatyczne, że oglądało go tyle ludzi, że zawiesił się Netflix. 

P. P.S. Mam pomysł na książkę osadzoną w tamtym czasie i obiecuję, że kiedyś ją napiszę. I komedię romantyczną z akcją w latach dziewięćdziesiątych również. 

#strangerthings #onelastadventure



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz