Druga połowa




Po czterdziestce aktywuje się SUPERMOC!

Jakiś czas temu przekroczyłam magiczną granicę czterdziestki. Długo wcześniej jeżyłam się na myśl o TYCH urodzinach. No ale w końcu przylazły.  I nagle… cyk! Całkiem znienacka w moim organizmie odblokowała się funkcja, o której nikt mi wcześniej nie powiedział. 

Nie, to nie jest ani latanie (choć, serio, czasem mam ochotę wystrzelić w kosmos), ani czytanie w myślach (byłoby super, choć i tak wiem, co myśli mój mąż). Ta supermoc to SŁODKI ŚWIĘTY SPOKÓJ. Nie jest to stan permanentny, tak się nie da, bo życie jest życiem, ale wiem, jak go złapać za ogon i trzymać. 

Najważniejsze było zrozumienie, że nie jestem winna całemu światu radosnego uśmiechu 24/7.  Nie zawsze mam ochotę być miła i bardzo często raczej widziałabym siebie jako Shirley MacLaine w „Stalowych magnoliach”. 

Nasze mamy i babcie często grzecznie siadały na marginesie życia, robiąc miejsce innym. Kobieta po czterdziestce usuwała się w cień, miała stawać się niewidzialna. Facet po czterdziestce broń Boże. On wciąż mógł być postrzegany nie tylko jako obiekt pożądania, ale także jako ktoś życiowo mądry (nawet nie ma żeńskiego odpowiednika słowa „mędrzec”, bo była tylko „wiedźma”, ale wiedźmy z kolei były na peryferiach społeczności. Lub na stosach. Stara i mądra kobieta? Kto to słyszał?) 



Na szczęście teraz jest ciut inaczej. Nie że jakoś bardzo, co widać nawet w świecie celebrytów (Jak młodziutka Taylor Swift chadzała na randki, to wszystkie portale obrabiały jej tyłek, ale jak robi to pięćdziesięcioletni Leonardo DiCaprio z o połowę od siebie młodszymi partnerkami, to już jest w porząsiu). 

W każdym razie chciałabym wierzyć, że moje pokolenie, a już na pewno pokolenie mojej córki będzie odcinać ten margines, na który kobiety spychano, kolorowymi nożyczkami i robić z niego konfetti! Bo jeśli komuś się jeszcze wydaje, że po 40-tce czas na ciepłe kapcie i znikanie w tłumie, to mam dla Was nowiny… to dopiero początek najlepszej zabawy. I piszę to zupełnie serio. 

Zawodowo najciekawsze rzeczy przytrafiły mi się o czterdziestych urodzinach. Najpierw rzuciłam szkołę, potem pracowałam w korporacji, zaczynając od zera, by po kilku latach rzucić także i korpo, i pisać książki. Dwie wolty o 180 stopni w krótkim przedziale czasowym. Dlaczego? Bo przestałam się bać. I zorientowałam się, że widzę horyzont życia coraz wyraźniej, że nie ma na co czekać, że już nie mam całego czasu wszechświata do dyspozycji. I że jeśli chcę żyć po swojemu i spełniać marzenia (w tym to najważniejsze o pisaniu), to albo teraz, albo nigdy. I to mi dało moc. 

I właśnie o tym – o kobietach, które odzyskują apetyt na życie, miłość i emocje – piszę w mojej nowej serii książek obyczajowych „Druga połowa”. 



To historie o nas. O kobietach, które przestały przepraszać za to, że żyją, i zaczęły brać z tego życia pełnymi garściami. Bo druga połowa życia wcale nie musi być gorsza – wręcz przeciwnie. 

Pierwsza powieść już 11 lutego!


P.S. Wszystkei zdjęcia z zasobów Pinterest, nie roszczę do nich żadnych praw. 


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz